Maria Helena Żurowska-Kurowska
Autor(ka): Dawne Echa (na FB)
Ona przeszła przez Majdanek, potem uczyła Szwedów ratować nerki. Aż pewnego dnia w Szwecji zapukał do jej drzwi polski bóg ekranu.
Maria Helena Żurowska-Kurowska nie chciała być bohaterką. Chciała tylko ratować ludzi. Najpierw w Warszawie, potem na Pawiaku, potem w piekle Majdanka – gdzie jako pielęgniarka blokowa codziennie wchodziła na rewir tyfusowy, niosąc wodę, bandaże i słowa otuchy tym, na których inni już postawili krzyżyk.
Nie miała antybiotyków. Nie miała szczepionek. Miała tylko swoje ręce i upór, który graniczył z szaleństwem.
Wielu umarło. Ale nie wszyscy. Ci, którzy przeżyli, zawdzięczali to jej.
Wojna się skończyła. Maria przeżyła. Ale Polska, która wstała z gruzów, nie chciała już jej – bo walczyła w Armii Krajowej. Wyjechała do Szwecji. Nie dlatego, że chciała opuścić ojczyznę – ale dlatego, że ojczyzna opuściła ją.
W Szwecji nikt nie wiedział o Majdanku. Nikt nie rozumiał, dlaczego czasem zastyga w bezruchu, patrząc na dym z komina. Ale Maria nie przyjechała tam po to, by rozpamiętywać. Ona przyjechała pracować.
W klinice profesora Nilsa Alwalla w Lund dostała zadanie, które przyprawiało o dreszcze nawet doświadczonych lekarzy. Profesor Alwall konstruował coś, co wówczas wydawało się naukową fantazją – sztuczną nerkę. Ogromną, skomplikowaną maszynę, która miała oczyścić krew z toksyn. Dziś to rutynowy zabieg. W latach 50. to był eksperyment na granicy życia i śmierci.
Maria została jedną z pierwszych osób na świecie, które przygotowywały to urządzenie do dializ. To ona sprawdzała rurki. To ona pilnowała sterylności. To ona trzymała pacjenta za rękę, gdy maszyna zaczynała swoją pracę – i wiedziała, że jeśli coś pójdzie nie tak, ten człowiek umrze na jej oczach.
Szwedzcy lekarze patrzyli na nią z podziwem. Ta drobna Polka mówiąca z akcentem wiedziała o cierpieniu więcej niż ich wszystkie uniwersytety.
Mimo sukcesów naukowych Maria nigdy nie zapomniała o Polsce. Każdego miesiąca wysyłała paczki – do rodziny, do przyjaciół, do tych, którzy nie mieli nikogo. W czasach gdy w PRL brakowało wszystkiego, jej przesyłki były jak promienie światła. Robiła to po cichu, bez rozgłosu, bez oczekiwania na podziękowania.
A jednak pewnego dnia podziękowania przyszły.
Rok 1963. Maria mieszkała w Lund. Zwyczajny dzień – kawa, szpitalne korytarze, zapach środków odkażających. Wróciła do domu, zmęczona po nocnym dyżurze. Chciała tylko usiąść z książką i zapomnieć o świecie.
Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Otworzyła. Na progu stał mężczyzna w ciemnych okularach, z papierosem w kącie ust i uśmiechem, który znał cały świat. Zbyszek Cybulski – ikona polskiego kina, „polski James Dean”, gwiazda „Popiołu i diamentu”. Aktor, którego pokochała cała Polska.
Maria osłupiała. Nie mogła wydusić słowa.
Cybulski nie przyszedł z kamerami. Nie przyszedł po autograf. Przyszedł, by osobiście podziękować kobiecie, która w czasach stalinowskich – gdy reżim polował na każdego, kto mógł być niewygodny – pomagała jemu i jego bratu. Wysyłała paczki, pieniądze, wsparcie. Nie pytała o nazwiska. Po prostu pomagała.
Teraz Cybulski stał przed nią. I powiedział coś, czego Maria nie mogła zapomnieć do końca życia...
Co Zbyszek Cybulski powiedział Marii Żurowskiej-Kurowskiej w progu jej szwedzkiego domu? I jak potoczyły się losy tej niezwykłej kobiety, która przeszła przez Majdanek i zrewolucjonizowała medycynę w Szwecji? Kliknij w komentarz i przeczytaj dokończenie tej historii.